wtorek, 30 września 2014

Wybrzeże Jogasaki

Pierwsza noc w roykanie za nami. W futonie śpi się super, w ogóle nie ma uczucia leżenia na podłodze. Materac jest dość twardy, ale bardzo wygodny. Udało nam się ogarnąć bałagan w pokoju, dlatego dorzucam jeszcze kilka zdjęć:



Okno na rzekę



W takich warunkach oglądaliśmy wczoraj Totoro - jedno z najsłynniejszych anime, które jest przesiąknięte tradycyjną kulturą Japonii. Idealne miejsce do obejrzenia tej bajki :)



Dzisiaj wstaliśmy wcześnie i wyruszyliśmy w trasę trekkingową wzdłuż wschodniego wybrzeża Jogasaki. Cała trasa miała długość ponad 9 km, które w typowych polskich warunkach można spokojnie przejść w 2 godziny, ale przy japońskiej pogodzie - wysokiej temperaturze, duchocie i grzejącym słońcu - zajęło nam to ponad 3 godziny. Trasa zaczynała się i kończyła uroczymi mostami poprowadzonymi nad urwiskami.

Mostek rozpoczynający trasę - oczywiście mnóstwo ludzi
Mostek kończący trasę - tutaj nikogo już nie było, mało osób odważyło się przejść całość

Trasa prowadziła nad stromym wybrzeżem, które zostało uformowane z lawy podczas erupcji pobliskiego wukanu Omuro.



Wulkan Omuro jest już nieaktywny i dlatego nazywany jest górą. Można na niego wjechać wyciągiem i przejść trasę wokół zarośniętego krateru. Obecnie znajdują się tam tarcze strzeleckie.


Dzień był krótki, ale bardzo intensywny. Już po 16:00 leżeliśmy wykończeni w pokoju. Jutro postaramy się odpocząć :)

poniedziałek, 29 września 2014

Ito

Wyjechaliśmy już z Tokio. Najbliższe trzy dni spędzimy na południu Japonii, na półwyspie Izu.
Te rejony są znane z onsenów - gorących źródeł.

Nocujemy w nadmorskim miasteczku Ito. Pokój wynajęliśmy w zabytkowym hostelu w stylu japońskim. Nie ma łóżek, ale są za to futony (sama swój ścieliłam :) ) i dostępne dla gości onseny.

Dzisiaj dużo się nie działo, dlatego tylko kilka mało interesujących zdjęć:

Niezbyt piękne zdjęcia, czysto poglądowe na pokój  
Zaścielony futon

Morze



niedziela, 28 września 2014

Wielki Budda i surferzy

Na dzisiaj mieliśmy zaplanowaną kolejną wycieczkę poza Tokio. Na południu znajduje się miejscowość Kamakura, w której stoi drugi co do wielkości w Japonii posąg buddy. Po zwiedzaniu Kamakury mieliśmy pojechać na położoną niedaleko wyspę Enoshima.

Podczas planowania bardzo ciężko jest ocenić ile czasu zajmie nam zwiedzanie poszczególnych miejsc. Okazało się, że po zwiedzeniu posągu buddy (którego mogliśmy zwiedzić również od środka), pobliskiego kompleksu świątyń, spaceru po plaży, poobserwowaniu czekających na wysokie fale surferów i pysznym obiedzie w jednej z lokalnych restauracji, nie mieliśmy już sił i czasu na to, by zawitać na Enoshimę.

W momencie w którym przyzwyczailiśmy się już do Tokio, mamy swój sklep, w którym zawsze kupujemy kanapki i kawę na śniadanie, drugi - w którym kupujemy piwo na wieczór, musimy się pakować. Jutro wyruszamy dalej.

Na szybko parę zdjęć:
Selfie z buddą






Akiko

Wczoraj mieliśmy bardzo wyczerpujący dzień i niestety zabrakło nam sił na kolejny wpis. Dziś nadrabiamy zaległości.

Drugą osobą, która pozytywnie odpowiedziała na nasze maile do organizacji zrzeszających przewodników-wolontariuszy była Akiko. Spotkaliśmy się o 10 rano pod naszym mieszkaniem. Okazało się, że Akiko spędziła rok czasu w USA, dzięki czemu mówiła tak ładnym i płynnym angielskim, że mogliśmy zadać jej wszystkie pytania, które baliśmy się zadać panu Chu.

Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania mostu przy Imperial Palace w dzielnicy Asakusa, który ominęliśmy podczas naszej wędrówki z Panem Chu. Wtedy nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, a i plan był dużo bardziej napięty. Z Akiko było zupełnie inaczej. W planie nie mieliśmy zbyt wielu miejsc do zwiedzenia, zamiast tego mieliśmy dużo czasu na rozmowę i dowiedzieliśmy się jak wygląda życie przeciętnego, młodego Japończyka.

Most przy pałacu cesarza
Głównym punktem programu było zwiedzanie wyspy Odaiba, która słynie głównie z dwóch rzeczy. Po pierwsze Japończycy postawili tam mniejszą wersję statuy wolności. Nawet sama Akiko nie miała pojęcia dlaczego tam stoi :).

Amerykańska część Japonii
Drugim przystankiem na wyspie Odaiba była stacja najbardziej znanej telewizji w Japonii. Tam mogliśmy zobaczyć panoramę okolicy (nie tak okazałą jak ta widziana z Tokio Skytree), oraz obejrzeć studia telewizyjne, które wyglądały jakby kręcono w nich programy dla dzieci. A tak na prawdę nadawano stamtąd poranne programy informacyjne :). Potem przenieśliśmy się do ogrodu japońskiego, który znajdował się w pobliżu i wypiliśmy tradycyjną japońską herbatę zgodnie z instrukcją, która na szczęście wydrukowana była po angielsku (obróć miseczkę 2 razy, klaśnij 3, zatańcz w kółko - no ok, może wyolbrzymiamy, ale sens na pewno złapaliście). Dla Akiko było to tak samo dziwne doświadczenie jak dla nas ;).

Tradycyjnie podana zielona herbata 
Najciekawszy jednak był wieczór. Ponieważ nie mieliśmy jeszcze dość, Akiko obmyśliła plan i zabrała nas do parku Yoyogi gdzieś pomiędzy dzielnicą Shibuya a Takechita Dori (słynącym głównie z barwnie poprzebieranych Japończyków). Po drodze, podobnie jak w Polsce, zahaczyliśmy o miejscowy monopolowy, zaopatrzyliśmy się w lokalne trunki i ruszyliśmy w kierunku parku. W Japonii o dziwo alkohol można spożywać bez problemu w miejscach publicznych. Park był już zamknięty, więc usiedliśmy pod bramą wejściową, a towarzyszył nam jakiś miejscowy zespół z grupką wywijających w tańcu Japończyków.

Jedliśmy dużo, piliśmy dużo, odwiedziliśmy chińską knajpę w której Akiko spędza czas ze znajomymi i zadawaliśmy jej bardzo dużo dziwnych pytań. Czego się dowiedzieliśmy?

1. Nie wierzcie przewodnikom! Naczytaliśmy się, że pieniądze w sklepach należy wręczać dwiema dłońmi. I dokładnie w ten sposób postępowaliśmy od pierwszego dnia. Ile ubawu musieli mieć Japończycy, bo Akiko powiedziała nam, że to bardzo przesadny sposób na okazywanie szacunku.

2. Naprawdę nie wierzcie przewodnikom! W kilku miejscach w internecie czytaliśmy, że Japończycy się nie pocą i z tego powodu nie używają dezodorantów. Dlatego miały być niedostępne w sklepach i wyjeżdżając zabraliśmy spory zapas. Bardzo to rozbawiło Akiko i choć stwierdziła, że pot europejczyków "pachnie" inaczej, to nie są robotami i pocą się tak jak wszyscy.

3. Ten fragment będzie chyba najciekawszy. Jak wygląda u nas rozmowa kwalifikacyjna na dane stanowisko? Najważniejsza jest wiedza i doświadczenie w danej, konkretnej dziedzinie. W Japonii pytają tylko o twoją wizję przyszłości i nie jest ważne co potrafisz. Czemu? Bo co trzy lata wszyscy pracownicy zostają odgórnie przydzieleni do innych stanowisk. Możesz zacząć jako sprzedawca, by po 3 latach stać się programistą, a potem specem od marketingu. Oczywiście nikt nie wymaga, żebyś miał jakąkolwiek wiedzę w danej dziedzinie i po prostu musisz się wszystkie nauczyć od zera w trakcie pracy. Spytaliśmy Akiko po co w takim razie studiować - powiedziała, że to nie ma żadnego sensu :).

Dla japońskiego pracodawcy jest ważne, żeby zatrzymać pracownika przez wiele lat i dzięki takiemu podejściu ma pracowników, którzy nie są skoncentrowani na jednej dziedzinie, ale mogą robić wszystko. Podobno w Japonii ciągle patrzy się krzywo jeśli ktoś dobrowolnie zmienia pracę. Japończycy od razu myślą, że coś jest z tą osobą nie tak.

Akiko :)

piątek, 26 września 2014

Intensywny odpoczynek

Dzisiaj mieliśmy zaplanowany dzień odpoczynku. Mieliśmy pokręcić się po mieście i zrelaksować się przed dalszym zwiedzaniem.

Jeszcze jak byliśmy w Polsce to okazało się, że w tym tygodniu są zawody sumo (jedne z trzech, które są rozgrywane w Tokio). Oczywiście kupiliśmy bilety ;) Rano musieliśmy je odebrać. Mimo że zawody trwają cały dzień to chcieliśmy pójść po południu jedynie na 2-3h, żeby zobaczyć ważniejsze i ciekawsze walki.
W drodze po odbiór biletów musiałam iść do toalety, więc wysiedliśmy na losowej stacji (bo oczywiście na każdej stacji są czyściutkie i darmowe toalety). A jak już wysiedliśmy to postanowiliśmy sprawdzić gdzie jesteśmy i co jest w okolicy. Stacja nazywała się Bunkyo-ku i co było w pobliżu? Stadion, na którym rozgrywane się mecze baseballu i ... mega wielka kolejka górska, idealnie upchnięta pomiędzy budynkami i wieżowcami  :)

(Ah, a wiecie, że Dyc nigdy nie jechał prawdziwą kolejką górską i niby zawsze twierdził, że się boi takich rzeczy?)


Jechaliśmy kolejką górską w centrum Tokio. To jest coś, co?

(Ah, no i Dyc już się nie boi kolejek górskich.)

Po takiej przygodzie pojechaliśmy odebrać bilety na sumo, a potem do Akihabary - centrum elektroniki, salonów gier  i  mangii. Połaziliśmy po wielkich sklepach z elektroniką (ceny wcale nie są jakieś dużo niższe niż w Polsce) i byliśmy w największym na świecie sklepie ze starymi konsolami i grami.

Salon ze starymi grami

Salon ze starymi grami

Jeden z wielu kilku piętrowych salonów z grami 
Po szybkim zwiedzaniu przyszedł czas na sumitów.

Zawodnicy chodzą w tradycyjnych strojach po ulicy

Prezentacja zawodników
Zasady sumo nie są zbyt skomplikowane - jedna runda, w której żeby wygrać trzeba wywrócić lub wypchnąć poza ring przeciwnika. Przed samą walką dużo czasu zajmują rytuały. Zawodnicy rzucają garść soli na ring żeby oczyścić arenę i wykonują shiko. To dość znany rytuał, w której zawodnicy podnoszą wysoko raz jedną a potem drugą zgiętą nogę i głośno tupią w ziemię a publiczność krzyczy. Całość zawsze trwa dłużej niż sama walka.

Ostatnim punktem dzisiejszego dnia była wieża widokowa Skytree. Na wysokość 350m jechaliśmy windą w zaledwie 50 sekund. Widoki były magiczne - Tokio po zmroku z tysiącami światełek rozciągające się po horyzont.

Tokio po zmroku
Wieża widokowa Skytree
Teraz pijemy japońskie piwo i zajadamy się losowo kupionymi w sklepie przekąskami - miało być słodkie, a jest słone ;) Wasze zdrowie!

czwartek, 25 września 2014

Mizaru, Kikazaru i Iwazaru

Dzisiaj wybraliśmy się poza Tokio do kompleksów świątyń szintoistycznych w Nikko - małej miejscowości z górzystymi terenami obrośniętymi lasami.

Pierwszy raz wypróbowaliśmy shinkansensy, nie są to te najszybsze, ale i tak robią duże wrażenie:

Znacie trzy mądre mapki - jedna nie widzi, druga nie słyszy i trzecia nie mówi? Wzięły się z japońskiego przysłowia - jeżeli nie widzę złego, nie słyszę złego i nie mówię złego to sam się chronię przed złem.
Najbardziej popularnym (oryginalnym?) przedstawieniem tego przysłowia jest płaskorzeźba w Nikko - małpki Mizaru, Kikazaru i Iwazaru podziwialiśmy dzisiaj.


W drodze na miejsce okazało się, że mnisi zamykają świątynie o 16.30, a na miejscu byliśmy przed 14.00. Musieliśmy się nieźle uwijać, żeby zdążyć wszystko obejść. Nie było czasu na obiad, przekąsiliśmy coś co przypominało pampuchy, z czego jedna była wypełniona bigosem, a druga sosem meksykańskim. Dziwne, ale zarazem bardzo smaczne. To jest dla nas minus zwiedzania na własną rękę - nikt nam nie przypomni, że pora już coś zjeść, potem nie ma czasu i chodzimy głodni cały dzień.

Po zwiedzeniu świątyń poszliśmy na spacer po Nikko oraz do innego ciekawego punktu turystycznego - grobowców w kształcie popiersi męźczyzn, które były przyozdobione czerwonymi czapeczkami zrobionymi na drutach. Nie wiemy co to symbolizuje ;)

Fotorelacja:


Most w drodze do świątyń

Grobowce

Beczki do piwa


W drodze powrotnej
Wycieczkę zakończyliśmy porcją pysznego ramenu w jednej z knajpek w Akihabarze - raju dla miłośników mangi i anime. I choć byliśmy tam tylko przez chwilę, to i tak zrobiła na Dycu duże wrażenie. Planujemy wrócić tam jutro :).

Shinto i Buddyzm

Większość Japończyków ma bardzo praktyczne podejście do wiary. Większość z nich wyznaje połączenie religii Shinto z Buddyzmem. W tej pierwszej wierzą oni w wiele tradycyjnych bóstw japońskich i coś co Chu-san określił "wewnętrznym duchem" znajdującym się w każdym z nas. Często ich praktyki religijne nie wynikają z religijności a tradycji zakorzenionych w kulturze.

Każda z tych religii ma swoje święte miejsca. 

W świątyniach Shinto odprawia się obrzędy związane z narodzinami i małżeństwem. Idziemy tam również jeżeli chcemy się pomodlić do bogów i o coś poprosić. Podejście jest bardzo praktyczne. Za dobre życzenie trzeba zapłacić i kupić tabliczkę na której odwrocie zapisujemy czego nam najbardziej potrzeba. Możemy również zaopatrzyć się w odpowiednie wisiorki przynoszące szczęście, bądź chroniące noszącego - od wypadków drogowych czy innych nieszczęść po spełnianie konkretnych życzeń.
Przed świątynią Shinto zawsze znajduje się Torii - brama symbolizująca przejście ze świata fizycznego do nieskończonego. Są też rzeźby dwóch psów lub lwów - jeden z otwartym pyskiem, który nas wita, a drugi z zamkniętym (on nie wita?). Dodatkowo jest też rynienka z wodą i chochelki do obmycia rąk.

Oczyszczanie dłoni przed świątynią szintoistyczną
Tori i psy przed świątynią szintoistyczną

Przed świątynią buddyjską znajduje się kocioł z którego wylatuje mnóstwo dymu, a gromadzący się wokół niego Japończycy wdychają go, co ma na celu uzdrowienie chorób.
Kocioł z dymem przed świątynia buddyjską
Ale pamiętajcie, że nie jesteśmy ekspertami i większość z tego opowiedział nam wczoraj Chu-san ;)


środa, 24 września 2014

Chu-san

Jakie korzyści może mieć Polak z faktu bycia Polakiem w Japonii? Takie, że jak już nie ma dostępnych przewodników-wolontariuszy to ich szef i założyciel stowarzyszenia osobiście zgłosi się do oprowadzania gajdzinów, bo 20 lat temu był w Polsce robić jakieś badania o autonomii rządu i administracji (o dziwo podobało mu się) Poznajcie Chu-san.


Ciężko nam dokładnie opisać miejsca w których byliśmy, bo pomimo raczej spacerowego kroku Chu-sana przemieszczaliśmy się błyskawicznie pomiędzy kolejnymi stacjami metra, w których dosyć szybko się pogubiliśmy. Na szczęście Chu wszystkiego pilnował i w ciągu 9 godzin zwiedziliśmy połowę Tokio.



Pana Chu spotkaliśmy o umówionej porze przed stacją Nakano niedaleko naszego pokoju. Gdy już się sobie przedstawiliśmy a Chu powiedział nam trochę o tym kim jest (a jest emerytowanym urzędnikiem państwowym i profesorem autonomii administracji), pomógł nam kupić całodniowe bilety na metro i ruszyliśmy w zaplanowaną przez niego trasę.

Wysoki Dyc i Chu-san w drodzę na stacje metra

Zaczęliśmy od pałacu cesarza Japonii. W fosie otaczającej cesarskie ogrody pływały karpie, a Pan Chu był strasznie zaskoczony, że ten chroniony w Japonii gatunek ryb jemy na kolację wigilijną.

karpie przed Imperial East Garden
my w miejscu gdzie kiedyś stał zamek cesarski, potem spłonął. nauczeni doświadczeniem posadzili tam dużo trawy
Pan Chu pokazał nam kalendarz ze zdjęciami rodziny cesarskiej. Był strasznie dumny pokazując nam zdjęcia cesarza sadzącego ryż, pary cesarskiej na spacerze, czy cesarskiego potomstwa :). Dodawał różne werbalne wstawki typu "ooooo, aaaa, a tutaj księżniczka siedzi na trawie!". Urocze :) Aktualny cesarz rządzi już 26 lat więc najwyraźniej zdążył się do niego przywiązać.

Potem Pan Chu zaproponował lunch i dał nam do wyboru jedną z dwóch kanjpek. Gdy zatrzymaliśmy się przy pierwszej musieliśmy delikatnie go naprostować, bo biedak nie wiedział, że obiad za 2500 jenów dla jednej osoby to dla nas troszkę za dużo (około 80zl :). Na szczęście drugą knajpkę wybrał już bardzo trafnie. Był pełen podziwu jak spałaszowaliśmy makaron soba pałeczkami popijając sake :). Podobno większość osób które odprowadzał (szczególnie Amerykanów) szybko rezygnowała z takich pomysłów i chciała jeść w McDonaldzie.

Gdy w restauracji Chu-san próbował wytłumaczyć kelnerce skąd jesteśmy to zaczął od Europy. Kelnerka tylko się skrzywiła i widać było, że nie ma pojęcia o co chodzi. Po tym Chu-san spróbował z "Francją". Tu już było trochę lepiej, Panią dodatkowo zmieszało moje "oui", które przypadkowo mi się wymsknęło :). Wtedy poszło już z górki, powiedział "Polska" Pani zrobiła duże oczy, powiedziała, że w tej restauracji nie było nigdy jeszcze kogoś z Polski i uciekła. Po tym wszystkim Pan Chu wytłumaczył nam, że dla zwykłego Japończyka Francuz, Niemiec czy Polak jest nie do odróżnienia. Dogryźliśmy mu, że dla nas Koreańczyk, Japończyk czy Chińczyk także wyglądają identycznie, co tylko go rozbawiło.

Kolejnym przystankiem była świątynia Sensoji w dzielnicy Asakusa.

wejście do świątyni
Potem pojechaliśmy do dużego parku Ueno, w którym zwiedziliśmy kolejne dwie świątynie, mniej oblegane i leżące trochę na uboczu.

Marta wśród bram Tori w jednej ze świątyń
Kolejnym przystankiem był lokalny sklepik z drobiazgami w dzielnicy Ginza, a następnie słynne wielkie skrzyżowanie w dzielnicy Shibuja i stojący niedaleko pomnik wiernego psa Hachico, który czekał na swojego nieżyjącego już właściciela przez 10 lat. Japończycy byli tak pod wrażeniem, że pisali o nim w gazetach, a ostatecznie postawili mu pomnik.

pomnik w miejscu w którym pies Hachico czekał na swojego pana

skrzyżowanie w Shinjuku

Pan Chu był miło zaskoczony naszą znajomością Japonii (choć raczej nie jest zbyt imponująca :P) i planem jaki założyliśmy sobie na nasz wyjazd. Często wypytywał jak pewne rzeczy wyglądają w Polsce i skąd dowiedzieliśmy się tych wszystkich rzeczy o Japonii skoro jest to kraj dla nas tak egzotyczny. Podziękował też za wspieranie rynku japońskiego i kupowanie produktów sony. Jakbyśmy mieli jakiś wielki wybór..

Tak minął nasz pierwszy dzień zorganizowanego zwiedzania. Ledwo żyjemy więc kończymy wpis i idziemy odzyskać trochę sił przed kolejnym.

wtorek, 23 września 2014

Gdzie jest sushi?

Dolecieliśmy!

Pierwszy dzień za nami. Może trochę niezorganizowany, bo chcieliśmy od razu zobaczyć wszystko i spróbować wszystkich potraw, a z takim nastawieniem to oczywiście skończyło się na tym, że zobaczyliśmy niewiele i spróbowaliśmy kilku potraw :) Szybka fotorelacja:

zaraz po lądowaniu

krótki spacer po Shinjuku, do którego mamy całkiem niedaleko

okolice naszego "apartamentu"


i słynne zielone kitkat-y które nie są takie proste do znalezienia

Oczywiście po wyjściu z samolotu chcieliśmy iść do suszarni, ale nigdzie żadnej nie było.. Ale jak to? W Japonii trzeba szukać baru sushi?! Ano trzeba. Jest mnóstwo barów z innymi bardziej popularnymi potrawami, a sushi bary widzieliśmy pojedyncze. Dopiero wieczorem trafiliśmy do takiego baru jakiego szukaliśmy - talerzyki z sushi jeżdżące wokół baru, a klient wybiera co chce jeść. Mega.

Marta w susiarni

Kawalerka, w której się zatrzymaliśmy jest typowo tokijska. Klitka z wielkim telewizorem i malutką łazienką, ale to prawdopodobnie największy pokój w jakim się zatrzymamy - całość ma na oko z 15m2.

Dyc w wannie
Jutro zaczynamy prawdziwe zwiedzanie!