Ciężko nam dokładnie opisać miejsca w których byliśmy, bo pomimo raczej spacerowego kroku Chu-sana przemieszczaliśmy się błyskawicznie pomiędzy kolejnymi stacjami metra, w których dosyć szybko się pogubiliśmy. Na szczęście Chu wszystkiego pilnował i w ciągu 9 godzin zwiedziliśmy połowę Tokio.
Pana Chu spotkaliśmy o umówionej porze przed stacją Nakano niedaleko naszego pokoju. Gdy już się sobie przedstawiliśmy a Chu powiedział nam trochę o tym kim jest (a jest emerytowanym urzędnikiem państwowym i profesorem autonomii administracji), pomógł nam kupić całodniowe bilety na metro i ruszyliśmy w zaplanowaną przez niego trasę.
| Wysoki Dyc i Chu-san w drodzę na stacje metra |
Zaczęliśmy od pałacu cesarza Japonii. W fosie otaczającej cesarskie ogrody pływały karpie, a Pan Chu był strasznie zaskoczony, że ten chroniony w Japonii gatunek ryb jemy na kolację wigilijną.
| karpie przed Imperial East Garden |
| my w miejscu gdzie kiedyś stał zamek cesarski, potem spłonął. nauczeni doświadczeniem posadzili tam dużo trawy |
Potem Pan Chu zaproponował lunch i dał nam do wyboru jedną z dwóch kanjpek. Gdy zatrzymaliśmy się przy pierwszej musieliśmy delikatnie go naprostować, bo biedak nie wiedział, że obiad za 2500 jenów dla jednej osoby to dla nas troszkę za dużo (około 80zl :). Na szczęście drugą knajpkę wybrał już bardzo trafnie. Był pełen podziwu jak spałaszowaliśmy makaron soba pałeczkami popijając sake :). Podobno większość osób które odprowadzał (szczególnie Amerykanów) szybko rezygnowała z takich pomysłów i chciała jeść w McDonaldzie.
Gdy w restauracji Chu-san próbował wytłumaczyć kelnerce skąd jesteśmy to zaczął od Europy. Kelnerka tylko się skrzywiła i widać było, że nie ma pojęcia o co chodzi. Po tym Chu-san spróbował z "Francją". Tu już było trochę lepiej, Panią dodatkowo zmieszało moje "oui", które przypadkowo mi się wymsknęło :). Wtedy poszło już z górki, powiedział "Polska" Pani zrobiła duże oczy, powiedziała, że w tej restauracji nie było nigdy jeszcze kogoś z Polski i uciekła. Po tym wszystkim Pan Chu wytłumaczył nam, że dla zwykłego Japończyka Francuz, Niemiec czy Polak jest nie do odróżnienia. Dogryźliśmy mu, że dla nas Koreańczyk, Japończyk czy Chińczyk także wyglądają identycznie, co tylko go rozbawiło.
Kolejnym przystankiem była świątynia Sensoji w dzielnicy Asakusa.
| wejście do świątyni |
| Marta wśród bram Tori w jednej ze świątyń |
| pomnik w miejscu w którym pies Hachico czekał na swojego pana |
| skrzyżowanie w Shinjuku |
Pan Chu był miło zaskoczony naszą znajomością Japonii (choć raczej nie jest zbyt imponująca :P) i planem jaki założyliśmy sobie na nasz wyjazd. Często wypytywał jak pewne rzeczy wyglądają w Polsce i skąd dowiedzieliśmy się tych wszystkich rzeczy o Japonii skoro jest to kraj dla nas tak egzotyczny. Podziękował też za wspieranie rynku japońskiego i kupowanie produktów sony. Jakbyśmy mieli jakiś wielki wybór..
Tak minął nasz pierwszy dzień zorganizowanego zwiedzania. Ledwo żyjemy więc kończymy wpis i idziemy odzyskać trochę sił przed kolejnym.
No to ładny spacer. Przywieźcie kilka przepisów na smaczne (i proste) dania =D
OdpowiedzUsuńHej, co u was, widzę że jesteście cali a jak Japonia po pierwszych dniach? Całkiem niezły deal być oprowadzonym przez tubylca:) i widzę, że Łukasz mógł się poczuć jak Wielkolud przy panu. Czekamy na dalszą relacje i równiz na tą jak Łukasz wyskoczył rano po świeżą rybę i ocenę pań gejsz:P
OdpowiedzUsuńMe likes! :) I strasznie podoba mi się, że tak regularnie (jak na razie) piszecie. Nam się to nie udało ;)
OdpowiedzUsuńZ każdym wpisem coraz bardziej Wam zazdroszczę tej podróży - rewelacja :)
OdpowiedzUsuń