środa, 24 września 2014

Chu-san

Jakie korzyści może mieć Polak z faktu bycia Polakiem w Japonii? Takie, że jak już nie ma dostępnych przewodników-wolontariuszy to ich szef i założyciel stowarzyszenia osobiście zgłosi się do oprowadzania gajdzinów, bo 20 lat temu był w Polsce robić jakieś badania o autonomii rządu i administracji (o dziwo podobało mu się) Poznajcie Chu-san.


Ciężko nam dokładnie opisać miejsca w których byliśmy, bo pomimo raczej spacerowego kroku Chu-sana przemieszczaliśmy się błyskawicznie pomiędzy kolejnymi stacjami metra, w których dosyć szybko się pogubiliśmy. Na szczęście Chu wszystkiego pilnował i w ciągu 9 godzin zwiedziliśmy połowę Tokio.



Pana Chu spotkaliśmy o umówionej porze przed stacją Nakano niedaleko naszego pokoju. Gdy już się sobie przedstawiliśmy a Chu powiedział nam trochę o tym kim jest (a jest emerytowanym urzędnikiem państwowym i profesorem autonomii administracji), pomógł nam kupić całodniowe bilety na metro i ruszyliśmy w zaplanowaną przez niego trasę.

Wysoki Dyc i Chu-san w drodzę na stacje metra

Zaczęliśmy od pałacu cesarza Japonii. W fosie otaczającej cesarskie ogrody pływały karpie, a Pan Chu był strasznie zaskoczony, że ten chroniony w Japonii gatunek ryb jemy na kolację wigilijną.

karpie przed Imperial East Garden
my w miejscu gdzie kiedyś stał zamek cesarski, potem spłonął. nauczeni doświadczeniem posadzili tam dużo trawy
Pan Chu pokazał nam kalendarz ze zdjęciami rodziny cesarskiej. Był strasznie dumny pokazując nam zdjęcia cesarza sadzącego ryż, pary cesarskiej na spacerze, czy cesarskiego potomstwa :). Dodawał różne werbalne wstawki typu "ooooo, aaaa, a tutaj księżniczka siedzi na trawie!". Urocze :) Aktualny cesarz rządzi już 26 lat więc najwyraźniej zdążył się do niego przywiązać.

Potem Pan Chu zaproponował lunch i dał nam do wyboru jedną z dwóch kanjpek. Gdy zatrzymaliśmy się przy pierwszej musieliśmy delikatnie go naprostować, bo biedak nie wiedział, że obiad za 2500 jenów dla jednej osoby to dla nas troszkę za dużo (około 80zl :). Na szczęście drugą knajpkę wybrał już bardzo trafnie. Był pełen podziwu jak spałaszowaliśmy makaron soba pałeczkami popijając sake :). Podobno większość osób które odprowadzał (szczególnie Amerykanów) szybko rezygnowała z takich pomysłów i chciała jeść w McDonaldzie.

Gdy w restauracji Chu-san próbował wytłumaczyć kelnerce skąd jesteśmy to zaczął od Europy. Kelnerka tylko się skrzywiła i widać było, że nie ma pojęcia o co chodzi. Po tym Chu-san spróbował z "Francją". Tu już było trochę lepiej, Panią dodatkowo zmieszało moje "oui", które przypadkowo mi się wymsknęło :). Wtedy poszło już z górki, powiedział "Polska" Pani zrobiła duże oczy, powiedziała, że w tej restauracji nie było nigdy jeszcze kogoś z Polski i uciekła. Po tym wszystkim Pan Chu wytłumaczył nam, że dla zwykłego Japończyka Francuz, Niemiec czy Polak jest nie do odróżnienia. Dogryźliśmy mu, że dla nas Koreańczyk, Japończyk czy Chińczyk także wyglądają identycznie, co tylko go rozbawiło.

Kolejnym przystankiem była świątynia Sensoji w dzielnicy Asakusa.

wejście do świątyni
Potem pojechaliśmy do dużego parku Ueno, w którym zwiedziliśmy kolejne dwie świątynie, mniej oblegane i leżące trochę na uboczu.

Marta wśród bram Tori w jednej ze świątyń
Kolejnym przystankiem był lokalny sklepik z drobiazgami w dzielnicy Ginza, a następnie słynne wielkie skrzyżowanie w dzielnicy Shibuja i stojący niedaleko pomnik wiernego psa Hachico, który czekał na swojego nieżyjącego już właściciela przez 10 lat. Japończycy byli tak pod wrażeniem, że pisali o nim w gazetach, a ostatecznie postawili mu pomnik.

pomnik w miejscu w którym pies Hachico czekał na swojego pana

skrzyżowanie w Shinjuku

Pan Chu był miło zaskoczony naszą znajomością Japonii (choć raczej nie jest zbyt imponująca :P) i planem jaki założyliśmy sobie na nasz wyjazd. Często wypytywał jak pewne rzeczy wyglądają w Polsce i skąd dowiedzieliśmy się tych wszystkich rzeczy o Japonii skoro jest to kraj dla nas tak egzotyczny. Podziękował też za wspieranie rynku japońskiego i kupowanie produktów sony. Jakbyśmy mieli jakiś wielki wybór..

Tak minął nasz pierwszy dzień zorganizowanego zwiedzania. Ledwo żyjemy więc kończymy wpis i idziemy odzyskać trochę sił przed kolejnym.

4 komentarze:

  1. No to ładny spacer. Przywieźcie kilka przepisów na smaczne (i proste) dania =D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, co u was, widzę że jesteście cali a jak Japonia po pierwszych dniach? Całkiem niezły deal być oprowadzonym przez tubylca:) i widzę, że Łukasz mógł się poczuć jak Wielkolud przy panu. Czekamy na dalszą relacje i równiz na tą jak Łukasz wyskoczył rano po świeżą rybę i ocenę pań gejsz:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Me likes! :) I strasznie podoba mi się, że tak regularnie (jak na razie) piszecie. Nam się to nie udało ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z każdym wpisem coraz bardziej Wam zazdroszczę tej podróży - rewelacja :)

    OdpowiedzUsuń